46 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Katarzyna Kwiatkowska opowiada o roli w filmie „Zupa nic” Kingi Dębskiej

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Szymon Starnawski /Polska Press
"Myślę, że ten PRL musimy jeszcze przewałkować na różne sposoby." Rozmowa z aktorką Katarzyną Kwiatkowską o jej roli w filmie „Zupa nic” Kingi Dębskiej.

Akcja filmu „Zupa nic” osadzona jest w czasach słusznie minionych. Zapytam więc prowokacyjnie, co pani wie o PRL-u?

Przeżyłam kawałek życia w PRL-u jako dziewczynka. I wejście w ten klimat filmu było dla mnie podróżą w czasie i powrotem do lat dzieciństwa. Kiedy pierwszy raz pojawiłam się na planie „Zupy nic” i zobaczyłam tę scenografię, to od razu przypomniały mi się spotkania u cioci na imieninach, te sałatki śledziowe i serowe, które wtedy królowały, oraz inne, charakterystyczne dla tamtego czasu rzeczy.

To są jednak takie słodkie wspomnienia.

Słodkie, bo byłam dzieckiem. Ale zdawałam już sobie sprawę, że może być lepiej, bo miałam rodzinę za granicą. W naszym rodzinnym domu opowiada się pewną historię jak anegdotę. Chociaż tak naprawdę to był jakiś koszmar. Była zima i w telewizji można było oglądać niezwykle popularny serial „Aniołki Charliego”, który się kończył przed godz. 22. A wtedy moja babcia brała składane krzesełko, latarkę, książkę kryminał i szła do kolejki przed sklepem mięsnym, żeby rano móc cokolwiek dostać.

Młode pokolenie tego nie zna. Zastanawiam się więc, ile oni z tego filmu zrozumieją.

Myślę, że mogą patrzeć na to jak na utopijną wizję rzeczywistości i wtedy na pewno zrozumieją.

Czy rolę do tego filmu dostała pani po castingu?

Nie, Kinga Dębska o mnie pomyślała. A ja w ciemno powiedziałam - tak. I kiedy już przeczytałam scenariusz, to tym bardziej się ucieszyłam.

Drugi raz występuje pani w filmie Kingi Dębskiej.

Ale znamy się od lat. Kibicuję jej oraz śledzę jej twórczość od dawna. Kinga na planie daje poczucie bezpieczeństwa i takiej partnerskiej współpracy, a także możliwość czerpania z siebie. Na planie „Zupy nic” czułam się tak, jakbym przyszła na jakąś fajną imprezę tylko bez alkoholu. Spotkałam tu Kingę Preis, o której mogę powiedzieć, że się przyjaźnimy. Adam Woronowicz to mój kolega z roku. A kolega z roku jest jak kolega z wojska. Jak się więc wszyscy spotkaliśmy, to żartom nie było końca.


Na gdyńskim festiwalu pani już wcześniej bywała. Przed kilkoma laty przyjechała pani z filmem „Dzień kobiet”. Jeszcze pani o nim pamięta?

Pewnie, że pamiętam. Tak się złożyło, że to moja jedyna główna rola filmowa do tej pory. I fantastycznie wspominam współpracę z reżyserką tego filmu Marysią Sadowską. Jestem dumna z „Dnia kobiet”...

Bo to bardzo dobry film.

Do Marysi też miałam ogromne zaufanie. Nawet kiedy proponowała mi coś, co wydawało mi się dziwne i nie do końca to rozumiałam, próbowałam jednak to zadanie wykonać. I jak się potem okazywało, w 90 procentach to ona miała rację.

Lubi pani gdyński festiwal?

Lubię. To wspaniałe miejsce do tego, żeby się spotkać z kolegami, obejrzeć filmy. Wczoraj widziałam „Najmro” z Dawidem Ogrodnikiem, świetnie zagrany i imponująco zrealizowany film gatunkowy, lekko komediowy i gangsterski.

I też osadzony, jak „Zupa nic”, w PRL.

Tak, to jakaś moda filmowa na tamte czasy. Ale nie dziwię się, bo one są, w tej swojej brzydocie, bardzo fotogeniczne. Myślę, że ten PRL musimy jeszcze przewałkować na różne sposoby.

Jak wyglądały mieszkania w PRL? Czy ich wystrój wciąż jest m...

Kreatywność zależna od płci? Zobacz wyniki badania

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie