27 marca to Dzień Teatru. Pokaźne muskuły robią wrażenie, czyli rzecz o dawnych amantach Teatru Wybrzeże

OPRAC.:
Gabriela Pewińska
Gabriela Pewińska
- Liczyła się zwłaszcza sylwetka. A więc - stosowny wzrost, harmonijna męska postawa, gracja ruchu, precyzja gestu, elegancja, także pewna wytworność, no i aksamitny ciepły głos, który kradłby serca - tak o dawnych amantach Teatru Wybrzeże mówi Zdzisław Kordecki, aktor, autor książki „Oddani Melpomenie. Portrety ludzi teatru”.

Pierwszy Don Juan w historii Teatru Wybrzeże?

Niewątpliwie Krzysztof Kalczyński. Grał Molierowskiego uwodziciela w latach 60. Był do tej roli stworzony. Wdzięk. Klasyczna uroda. Panie na widowni wzdychały na okrągło.

Lucyna Legut tak wspominała kolegę ze sceny: Wielbiły go nastolatki. Kiedyś jedna dopadła go w kulisach i błagała: Niech pan ze mną ucieknie w Bieszczady! Będziemy hodować dzikie konie, zbierać jagody i grzyby i będziemy tym żyć! Oprócz miłości, nic nam więcej nie będzie trzeba! Możemy też wyplatać koszyki z wikliny i sprzedawać! Chyba Krzyś nie znał się na wyplataniu koszy, bo nie zdecydował się na te Bieszczady. Pozostał w teatrze.

Nie na długo, bo w roku 1969 opuścił Gdańsk, jednak nie dla nastolatki, a dla sceny warszawskiej. Ale na Wybrzeżu, o jakich czasach by nie mówić, amantów nie brakowało. Już za dyrekcji założyciela teatru Iwo Galla, zaraz po wojnie, brylował tu w sztuce „Homer i Orchidea” Maciej Maciejewski, zachowały się fotografie, na których widać jego strzelistą, okrytą białą tuniką, sylwetkę.

Pokaźne muskuły robią wrażenie...

Trzeba podkreślić, że dożył 104 lat, zyskując miano najstarszego polskiego aktora. W zespole Galla był też Witold Kałuski, świetnie „uwarunkowany” aktor...

Teatr Wybrzeże: cztery spektakle na platformie VOD [GALERIA]...

W sieci krąży filmik, na którym partneruje Barbarze Krafftównie w „Walczyku zakochanych”. Ten miękki głos, no i zawadiacki wąsik... Mógł się podobać.

Też szybko wyfrunął z Gdańska. Podobnie jak Ryszard Barycz. To był amant! Ponoć gdy grał księcia Bołkońskiego w „Wojnie i pokoju”, na widowni siedziały głównie panie. Na kartach programu odciskały czerwone od szminek usta, a przy jego nazwisku pisały „Kocham”... Byli i inni. Józef Niewęgłowski zachwycał jako Gustaw w „Ślubach panieńskich” czy Fircyk w „Fircyku w zalotach”. Kolejny „uwarunkowany” to Ryszard Marzecki. Pisano o nim, że był aktorem o przystojnej, „męskiej” twarzy, obdarzonym wdziękiem i temperamentem, ze skłonnością do ostrego, wyrazistego przedstawiania granych postaci, lubił m.in. używać mocnych środków charakteryzacji. Z kolei Stanisława Malatyńskiego przedstawiano tak: Miał „prócz dobrych warunków dobrą znajomość sztuki aktorskiej. Rodzajem ukoronowania jego pracy stała się postać Króla Francji”. A jeszcze Zbigniew Łobodziński! Znakomicie prezentował się w rolach historycznych, jako Jan Kochanowski w „Drodze do Czarnolasu”, czy Adam Mickiewicz w „Balladach i romansach”. Grał też Ferdynanda w „Intrydze i miłości”. Dublował go Zbigniew Cybulski, który jako amant pokazał się w 1955 roku w „Grzechu”, w roli Bukowicza.

Rzesza amantów. Coś ich wszystkich łączyło? Błękitne oczy?

Na pewno interesująca twarz, zwykle o rysach klasycznych, a jeśli była mniej wyrazista, wspomagana charakteryzacją. Amantem, który nie musiał używać szminki, był Jerzy Woźniak. Zachwycał jako partnerujący Kalinie Jędrusik Oktaw w „Nie igra się z miłością”, a szczególnie w „Ninie”, gdzie wraz z Lucyną Legut zgrabnie prowadzili dialog miłosny.

Owa kronikarka dziejów Teatru Wybrzeże, która zresztą przyszła na świat w obchodzonym 27 marca Międzynarodowym Dniu Teatru, wspominała, że Woźniak był przepięknym czarnowłosym młodzieńcem o zielonych oczach. A że szastał po scenie boskim ciałem, zakochała się w nim bez pamięci. „Do konsumpcji nie doszło z powodu... flanelowej nocnej koszuli. Byliśmy w moim domu. Romantyczny nastrojowy wieczór. Niestety, on na widok koszuli dostał ataku śmiechu. To był amant szalenie romantyczny. Lubił ubierać się w niebieskości, bo marzył, aby jego oczy stały się niebieskie”.

Liczyła się zwłaszcza sylwetka. A więc, stosowny wzrost, harmonijna męska postawa, gracja ruchu, precyzja gestu, elegancja, także pewna wytworność, no i aksamitny ciepły głos, który kradłby serca... Podobali się ci w klasycznym typie urody. Ale nie tylko. Pełen wdzięku, choć charakterystyczny, mawiano „brutalny”, był Zdzisław Maklakiewicz. Wyraziste rysy. Typ. Nie przeszkodziło mu to jednak być nader interesującym Poetą w „Weselu”.

Typ?

Powiedział kiedyś: „Myślę, że zaczęło się od tego, że jestem brzydki. Nie przypominam Gregory Pecka ani Mastroianniego. Nie jestem amantem, wcieleniem ideału kobiet. A jak się nie jest ideałem kobiet, nie jest się również ideałem reżyserów. Ktoś mnie kiedyś widział pewnie w takiej roli mało pozytywnej i uznał, że będzie ze mnie dobry typ. I tak zostałem typem. Ale sam siebie uważam za człowieka bardzo pozytywnego”.

Podobny „typ” amanta reprezentował pewnie Lech Grzmociński. Superman. Rozbity na płasko nos. Ostre spojrzenie, które sprawiało, że kobiety mdlały, gdy tylko na nie spojrzał. Równie dobrze boksował, co uwodził. Kawał chłopa, a wobec dam delikatny i czarujący. Amant, jak uważano, o nieco dzikim obliczu. Kochały go dziewczęta, które uwielbiają brutali. Chociaż, zdaniem koleżanek aktorek był łagodny niczym baranek. Dosyć często wyskakiwał mu dysk i w szpitalu musiał leżeć na wyciągu. Ponoć nie był w stanie udźwignąć natłoku uwielbienia kobiet, stąd ta dolegliwość...

Grzmociński był amantem męskim, bo byli i amanci o warunkach chłopięcych. Niektórzy, trzeba przyznać, dość mikrego wzrostu, co jednak nie przeszkadzało, by podkochiwano się w nich bez opamiętania. Zresztą, scena potrafi działać cuda.

Teatromanki kochały się w amantach, ale i partnerujące im aktorki. Lucyna Legut tak opowiadała o Lechu Skolimowskim: „Graliśmy w sztuce „Księżyc świeci nieszczęśliwym”. Reżyser Jerzy Goliński wymyślił scenę, w której oboje padamy na kolana i całujemy się jak szaleni. I to był naprawdę szalony pocałunek, niemal z odgryzieniem fragmentu mojej wargi. Zakochałam się natychmiast”... Ponoć wyglądał jak atamański kozak.

Bardzo często romanse na scenie nie kończyły się i poza nią. Bywało i tak, że widownia wzdychała, nie patrząc co artysta gra i jak gra. Zresztą słabsze aktorstwo wybaczano, jeśli warunki zewnętrzne aktora były sprzyjające.

Czego nie zagra, to „dowygląda”?

Zdarzały się jednak rozczarowania po spotkaniu w kulisach. Nagle piękna twarz i mężny tors okazywały się ułudą. Ale świadczyło to, co trzeba podkreślić, na korzyść charakteryzacji i aktorstwa. Na scenie, jak i poza nią, niebywałe powodzenie miał w latach 50. młodziutki dyrektor Teatru Wybrzeże Zygmunt Hübner. Szczególnie ujmujący jako Fred w „Ladacznicy z zasadami”.

Uroda niemal klasyczna. Jak u Fettinga.

Edmund Fetting... Amant nad amantów. Zaczął od Parysa w „Wojny trojańskiej nie będzie”. Rzucił na kolana jako Hamlet w słynnym przedstawieniu Wajdy. Wyglądał i grał znakomicie, ale blasku dodawała mu z pewnością Krystyna Łubieńska w roli Ofelii, która - co miło mi podkreślić - do dziś nic nie straciła na wdzięku i dziewczęcości, mimo że od premiery minęło ponad pół wieku.

Krąży anegdotka jak to do Warszawy - mowa o latach 60. - przyjechał teatr włoski. Po spektaklu artyści poszli do Spatifu. Tam uwagę słynnej Hanki Bielickiej przyciągnął niezwykłej urody południowiec, nonszalancko stał oparty o rozsuwane drzwi. Zagadnęła do niego. Zaczęła mu prawić dusery. Smagły młodzieniec przerwał jej zdziwiony: Pani Haniu! Pani tak po włosku, do mnie? A ja jestem Edmund Fetting i pracuję w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku.

Typ amanta nie istnieje dziś w teatrze, choć aktorów do ról romantycznych kochanków i uwodzicieli gdańska scena ma. Często możemy nawet oglądać ich... bez ubrania.

Tak często, że pewnie niektórym już się znudziło.

Kiedyś nie do pomyślenia było, by amant pokazał się widowni nagi. To była epoka kostiumu, nie ciała.

27 marca to Dzień Teatru. Pokaźne muskuły robią wrażenie, cz...

Aktor Teatru Wybrzeże Piotr Biedroń powiedział kiedyś, że ciało to więcej niż kostium.

Kiedyś kostium mówił, być może, więcej niż ciało. Poza tym to rola kreowała amanta. O Tadeuszu Rosińskim, który zagrał w Gdańsku Kordiana pisano przed laty w „Dzienniku Bałtyckim”, że ma „wdzięk, który zyskuje mu sympatię widowni, zwłaszcza jej piękniejszej połowy”. Podobnie było z Marianem Gamskim. Kreacje Kordiana czy Sułkowskiego niejako upiększały go.

Zawsze robił zdziwioną minę i kokietował niewinnym uśmieszkiem, gdy mówiło się, że wszystkie się w nim kochają. - Ja? - mrugał oczyma. - Skąd! Przecież ja mam żonę...

W latach 70. pierwszy amant gdańskiej sceny to z pewnością Edward Ożana, był Wysockim w „Nocy listopadowej”, Don Carlosem w „Don Juanie”, Parysem w „Odprawie posłów greckich”. Takie role robiły wrażenie...

Znałam dziewczynę - wspominała Lucyna Legut - która tak go kochała, że aż wyemigrowała do USA, by mniej cierpieć, wiedząc, że go nie zdobędzie. Mimo to co kilka lat przyjeżdżała do Polski, wlokąc ze sobą ogromne na te czasy samochody, aby mu zaimponować. Zamówiła sobie u mnie portret, aby podczas pozowania mówić o Ożanie. Zaimponowała mi ta jej miłość. W USA pracowała w fabryce konserw. Godzinami pakowała szproty w blaszane pudełka, aby móc zarobić na tę podróż do Polski, dzięki której mogłaby choć przez chwilę zobaczyć ukochanego. W latach 80. podobnym powodzeniem cieszył się Jarosław Tyrański.

Mnie zachwycił jako Heliogabal w „Irydionie”.

Innych zachwycał bez względu na to, co grał. Istniał nawet jego fan club. Gdy grał Kaligulę, scenę zasypano kwiatami, a tłum nastolatek szturmował po spektaklu teatralną portiernię. Chodziły słuchy, że salwował się ucieczką przez okno, ale zapewniał, że nigdy nie uciekał przed wielbicielkami. W akademikach, dziewczyny stawiały mu ołtarzyki - portrety aktora całe w kwiatach. Wielbicielki słały telegramy z wyznaniami miłości. Kochały się w nim na zabój uczennice szkolne. Ponoć otrzymał kiedyś taki list. „Szanowny Panie. Pragnę wyjść za Pana za mąż, ale do 18 lat brakuje mi jeszcze 6 lat. Czy zechce Pan na mnie poczekać? Tata nie chce słyszeć o małżeństwie, więc chyba ucieknę z domu. Zosia”. Myśli pan, że to ostatni amant w historii Teatru Wybrzeże?

Kto wie...

Międzynarodowy Dzień Teatru

Święto uchwalone w 1961 roku, na pamiątkę otwarcia Teatru Narodów w Paryżu, które miało miejsce 27 marca 1957 roku. Tego dnia co roku rozsyłana jest wiadomość tłumaczona na ponad 20 języków od wybitnego człowieka teatru, jego teatralne orędzie.

Podziękowania

Zdjęcia do tekstu o amantach gdańskiej sceny, jak i wiele innych fotografii teatralnych, które mieliśmy przyjemność prezentować Czytelnikom przez ostatnie lata pokazujemy dzięki uprzejmości p. Małgorzaty Abramowicz z Działu Teatralnego Muzeum Narodowego w Gdańsku. Pracownikom działu, jak i wszystkim ludziom Teatru w przeddzień ich Święta - dziękujemy!

Gdzie na tanie wakacje w 2021 roku?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie