25. rocznica pożaru hali Stoczni Gdańskiej. Tragiczny dzień, który odmienił życie setkom młodych ludzi

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Przed 25 laty, 24 listopada podczas koncertu zespołu Golden Life i bezpośredniej transmisji z rozdania nagród MTV, w których uczestniczyło około 2 tysięcy głównie młodych osób, doszło do tragicznego pożaru w Hali Stoczni Gdańskiej. Do tej pory nie wiadomo, kim był podpalacz, który podłożył ogień na drewnianej trybunie. Ogień ogarnął kurtynę, sięgając sufitu. Na sali wybuchła panika, ludzie ruszyli do wyjść, tratując się nawzajem. Okazało się, że na pięć wyjść ewakuacyjnych otwarte były tylko trzy. Zginęli ludzie - dwie osoby zostały stratowane, pięć zmarło wskutek poparzeń. Trzysta osób odniosło rany, część bardzo poważne. Całą noc z 24 na 25 listopada w Gdańsku było słychać sygnały karetek, wożących rannych do szpitali. Część poparzonych trzeba było przetransportować drogą lotniczą do centrum leczenia oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Wielu uczestników koncertu do dziś boryka się ze skutkami dramatu sprzed ćwierć wieku. Jedną z osób, niosących w tamtych tragicznych dniach pomoc ofiarom pożaru był psycholog, prof. Bogusław Borys, późniejszy wojewódzki konsultant psychologii klinicznej.

Pamięta pan tamten dzień, 24 listopada 1994 roku?  
Pamiętam obrazy z pożaru, pokazywane przez telewizję.  Ponieważ nikt z moich bliskich nie był wtedy w Hali Stoczni, początkowo nie byłem zbytnio poruszony. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy ze skali dramatu. Dopiero następnego dnia, gdy pojawiłem się w pracy w Klinice Chorób Psychicznych ówczesnej Akademii Medycznej w Gdańsku, dowiedziałem się o armagedonie, który dział się w szpitalach. Dowożono kolejnych rannych, nocą przyjeżdżali rodzice, poszukujący swoich nastoletnich dzieci.

 Kiedy poproszono was o pomoc psychologiczną? 
Dwa dni po pożarze zgłosiły się do naszej kliniki panie pielęgniarki, głównie z kliniki chirurgii plastycznej. Zgłosiły się do naszego szefa, nieżyjącego już prof.Pawła Gałuszki z prośbą o pomoc. Zetknęły się bowiem z niezrozumiałymi dla nich reakcjami poparzonych, młodych ludzi, przywiezionych z pożaru. Nie wiedziały, o co tu chodzi. 

Pożar hali stoczni w Gdańsku wybuchł 24.11.1994 r.

Pożar hali stoczni w Gdańsku. 26 rocznica tragicznych wydarz...

Mimo bólu, poparzeń reagowali niekiedy jakby uśmiechając się, czy żartując, co wydawało się dosyć dziwne.

Co tak zaniepokoiło je w zachowaniu pacjentów? 
Mówiąc najogólniej zachowanie to było nieadekwatne do tego, co ich spotkało. Mimo bólu, poparzeń reagowali niekiedy jakby uśmiechając się, czy żartując, co wydawało się dosyć dziwne. Profesor uznał, że jest to zadanie mniej dla psychiatrów (choć oni też włączyli się lekowo), a bardziej dla psychologów. Wówczas w klinice pracowało nas troje  psychologów.  Byliśmy jednymi z nielicznych z tej branży zatrudnionych w AMG.Wraz z koleżanką bardzo mocno się o zaangażowaliśmy w to zadanie. 

Bez problemów nawiązaliście kontakt z młodymi ludźmi? 
Było trudno, zwłaszcza, że byliśmy nieprzygotowani merytorycznie. Teoretycznie wiedzieliśmy, że istnieje coś takiego jak PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. W praktyce byliśmy zieloni. Profesor Gałuszko, który bardzo się w to zaangażował, zachęcał nas do poszerzania wiedzy. Okazją do szybszego poszerzenia wiedzy w tym zakresie, zwłaszcza od strony praktycznej była możliwość skorzystania z doświadczenia naszych kolegów psychologów z Siemianowic Śląskich. Właśnie tam przewieziono, nie pamiętam, 24 czy 26 najciężej poparzonych naszych pacjentów. W związku z tym został uruchomiony most powietrzny z Gdańska, którym do pacjentów latały raz w tygodniu rodziny. My też korzystaliśmy z tej okazji, by tam uczyć się od naszych kolegów, którzy problem stresu pourazowego mieli opanowany. Uczyliśmy się od nich na bieżąco.

Większość z nich miała poparzone dłonie dlatego, że oni odruchowo zasłaniali twarz przed ogniem. 

Ile osób znalazło się pod waszą opieką? 
Nasza praca, czysto psychologiczna, zaczęła się, gdy po świętach Bożego Narodzenia pacjenci zaczęli wychodzić ze szpitali. Prof. Gałuszko oddał nam do dyspozycji oddział dzienny kliniki w godzinach popołudniowych. Tam prowadziliśmy terapie grupowe. Przez te zajęcia przewinęło się około 60 osób. Większość z nich miała poparzone dłonie dlatego, że oni odruchowo  zasłaniali twarz przed ogniem. Stąd te obrażenia. Równocześnie z terapią, zachęceni przez profesora Gałuszkę, robiliśmy badania, śledząc proces naszych oddziaływań terapeutycznych. W trakcie zajęć stosowaliśmy w terapii niekiedy metody dosyć drastyczne. 

Chodziło o to, by wyrzucić z siebie maksymalnie dużo negatywnych emocji.

Dlaczego?
Takie były zalecenia. W okresie poszpitalnym osoby, które przeżyły pożar niechętnie mówiły o tym, co się działo w Hali Stoczni. A my już wiedzieliśmy, że powrót do traumatycznych wydarzeń, mimo że bolesny,  jest postawą terapii. Chodziło o to, by wyrzucić z siebie maksymalnie dużo negatywnych emocji. 

Mieli o tym opowiadać
Stosowaliśmy różne formy terapii, w tym najróżniejsze gry. W ramach zajęć stosowaliśmy też techniki arteterapeutyczne. Polegało to na graficznym  przedstawieniu doznań w tamtym momencie. Na przykład namaluj siebie w tym pożarze.  Do tej pory mam fotografie niektórych bardzo wymownych i czytelnych prac pokazujących strach, wręcz przerażenie całą sytuacją.. Można je także znaleźć w publikacji zbiorowej pod moją redakcją „Pożar hali widowiskowej Stoczni Gdańskiej i jego ofiary - przykład masowej katastrofy". Zostało to wydane przez bardzo prężnie działające Stowarzyszenie Osób Poparzonych w Hali Stoczni Gdańskiej. Założycielami stowarzyszenia byli rodzice nastolatków, potem oni dorośli i to przejęli. Ale to już jest osobna sprawa.  

Jak długo trwała terapia? 
Około półtora roku. Potem jeszcze działał specjalny, terapeutyczny telefon. W określonych godzinach w razie potrzeby rozmowy, porady  byliśmy do ich dyspozycji. Trwało to jeszcze ok. dwóch lat. Reperkusje tamtego wydarzenia ciągnęły się niestety dłużej. Z niektórymi osobami miałem kontakt nawet po dziesięciu latach. Był wśród nich człowiek pracujący w ochronie, u którego w efekcie pożaru, choć podłoże było wcześniejsze, pojawiły się problemy alkoholowe. Traktował mnie jak swoistego doradcę życiowego, a czasem jako „deskę ratunku". Zdarzało się, że niespodziewanie dzwonił do mnie nocą będąc wyraźnie pod wpływem alkoholu. 

Czy pożar zmienił ludzi
Robiliśmy również badania pod tym kątem.   Z reguły u osób z zespołem stresu pourazowego skutki są negatywne. Ostry stan po przeżytej traumie pojawia się prawie u wszystkich ludzi uczestniczących w takim zdarzeniu. Natomiast zadaniem terapii jest niedopuszczenie do pojawienia się kolejnego etapu, czyli zespołu stresu pourazowego. Jest on bardzo trudny i zwykle nie do końca uleczalny. Terapia zmniejsza negatywne skutki, ale gdzieś w zakamarkach psychiki pozostaje wiele niesprzyjających życiu problemów. Z drugiej strony spotkaliśmy się  też z  przypadkami pozytywnej zmiany. 

Terapia zmniejsza negatywne skutki, ale gdzieś w zakamarkach psychiki pozostaje wiele niesprzyjających życiu problemów.

Dramat może naprawić życie?
Powiedzmy, że byli to młodzi ludzie niekoniecznie dobrze się zapowiadający pod względem ewentualnej drogi życiowej. Niektórzy z nich zmienili się zasadniczo na plus, zaczęli się uczyć, zmienili towarzystwo i zachowanie. Literatura przedmiotu  potwierdza takie zjawisko. Jest jakiś procent osób, które zmieniają pod wpływem dramatycznych przeżyć życie na lepsze. Pod wpływem traumy i refleksji z tym związanych przyspiesza się proces dojrzewania emocjonalnego. Ci ludzie bywają emocjonalnie dojrzalsi, niż rówieśnicy. Mieliśmy także kilka dość zaskakujących przypadków  opóźnionej reakcji na zespół stresu pourazowego. Doskonale pamiętam dwie osoby z taką odroczoną o dwa i trzy lata  reakcją.  Początkowo obie funkcjonowały zewnętrznie dobrze. Dopiero późniejsze  traumatyczne wydarzenia w ich życiu - tragiczna śmierć ojca u jednej osoby i dramatyczny  rozwód rodziców u drugiej - sprawiły, że wróciło dokładnie to, co ich koledzy  przeżywali bezpośrednio po pożarze. 

Pożar, który był zdecydowanie silniej zapisany w psychice od tragedii rodzinnych, wrócił do nich z opóźnieniem.

A jak jest dzisiaj? 
Różnie to bywa. Wiem, co dzieje się u dwóch, może trzech osób. W gabinecie miałem kontakt z pewnym młodym małżeństwem. On, jako 15-latek był ofiarą pożaru w Hali Stoczni. Wcześniej marzył, by zostać lekarzem chirurgiem, ale silnie poparzone dłonie uniemożliwiły realizację planów. Skończył inne studia, ożenił się i nie sprawdził się w tym małżeństwie, co moim zdaniem miało istotny związek ze skutkami pożaru.

Filmy amerykańskie pokazują ludzi, uratowanych z katastrof, którzy mają uczucie wszechmocy, że są niezniszczalni. Czy to tylko fikcja?
Podobne odczucia pojawiały się u osób, które pozytywnie zmieniły się po pożarze, chociaż trudno mówić o poczuciu wszechmocy. Raczej na zasadzie: sprawdziłem się, udało mi się z tego wyjść i to mnie wzmocniło. I rzeczywiście radzili sobie. Jedną z takich osób znalazłem na przykład w wykazie radnych miejskich. Miała już wcześniej predyspozycje, które się pozytywnie rozwinęły. 

W tamtym czasie Gdańsk dotknęły trzy masowe katastrofy. Najpierw katastrofa autobusu w Kokoszkach, potem pożar Hali Stoczni, a w kolejnym roku wybuch gazu i zawalenie wieżowca w Gdańsku Wrzeszczu. Czy te tragiczne zdarzenia nauczyły nas, jak pomagać ludziom dotkniętym przez traumę?
Paradoksalnie w „szczęśliwszym" położeniu są  ofiary masowych katastrof. Wskutek nagłośnienia zorganizowana pomoc idzie z wielu różnych stron.  Natomiast pojedyncze wypadki komunikacyjne , w których ktoś traci dwie, trzy bliskie osoby, przechodzą bez echa. Tymi ofiarami traumy  nikt się nie zajmuje.

Niejednokrotnie pozostawieni są sami sobie. A te osoby oczywiście bardzo potrzebują pomocy psychologicznej.

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Państwowa Inspekcja Pracy skontrolowała małe budowy.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
graf

Moje dziecko nie dostało biletu i nie było go wśród ofiar ,ale jego znajomi . Pamiętam całą noc się szukali a my rodzice na łączach ,dziś nawet łzy po tej tragedi cisną się do oczu . Im się udało nie ma widocznych urazów ,wszyscy stanęli na wysokości zadania łącznie z lekarzami !

Dodaj ogłoszenie