18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

11. rocznica powodzi w Gdańsku. Zaczęło się od oberwania chmury (ARCHIWALNE ZDJĘCIA)

Dagmara Olesińska
9 lipca 2001 r. Gdańsk pod wodą Robert Kwiatek/archiwum
Zaczęło się od potężnego oberwania chmury. W wyniku bardzo obfitych opadów wylały potoki, a niektóre dzielnice miasta znalazły się pod wodą. Usuwanie skutków powodzi trwało wiele miesięcy, a prace związane z zabezpieczeniem przeciwpowodziowym - prowadzone są do dziś.

9 lipca 2001 roku pomiędzy godz. 15 a 17 na Gdańsk spadło aż 90 mm wody na m kw. Średnia całego lipca to 75 mm. Wody deszczowe z nurtem lokalnych potoków spłynęły do Kanału Raduni, który musiał przejąć przepływ około pięć razy większy niż zwykle.

Kanał został przerwany w pięciu miejscach. Dwa z nich znajdowały się na Potoku św. Wojciecha, kompletnie zalane zostały dzielnice św. Wojciech, Lipce, Orunia i Niegowo. Zawaliły się drogi i stojące przy nich domy, poważnie zagrożona była linia kolejowa Gdańsk - Tczew. W wyniku powodzi 304 osoby potrzebowały natychmiastowej ewakuacji, a stres powodziowy był przyczyną śmierci czterech osób.

ZOBACZ więcej zdjęć z powodzi sprzed 11 lat!

Koce, ciepłe posiłki i świeży chleb - to pozwoliło im przetrwać. Później wielomiesięczna, a nawet wieloletnia odbudowa wszystkiego, co stracili. Rząd, miasto, Caritas, stowarzyszenia i rzesza zwyczajnych ludzi robiły, co w ich mocy, by pomóc gdańszczanom poszkodowanym w powodzi z 2001 r. Wielu z nich wspomina tamten czas poprzez pryzmat ludzkiej życzliwości, ale są też i tacy, jak pan Jerzy ze Św. Wojciecha, którzy zastanawiają się - Czy ten kataklizm mnie zmienił? Tak. Wiem, że w obliczu tragedii, mogę liczyć tylko na siebie.

Chciałem przeczekać w samochodzie

Dziesięć lat po tej katastrofie pisaliśmy w "Dzienniku Bałtyckim" m.in. o rodzinie Kolesińskich ze Św. Wojciecha, którzy w powodzi stracili wszystko, jednak dzięki pomocy Caritasu, miasta, rządu i anonimowemu dobroczyńcy udało im się odbudować.

Dziś Mirosława Kolesińska z uśmiechem na twarzy wita mnie w drzwiach i zaprasza na taras. Chętnie pokazuje zdjęcia i opowiada swobodnie o wydarzeniach sprzed 10 lat jakby to był mało istotny epizod.

Czytaj również: Gdańsk: 10 lat po powodzi miasto wciąż nie jest bezpiecznie

Zupełnie inaczej reaguje pan Jerzy.
- Jestem zajęty - słyszę, kiedy otwieram furtkę do jego podwórka i pytam o powódź.
- To może żona znalazłaby chwilę na rozmowę - próbuję i czekam na wynik dyskusji za zamkniętymi drzwiami.

- Żona nie chce tego wspominać, to wciąż dla niej zbyt trudne. Proszę spróbować u sąsiadów, tutaj każdy może powiedzieć, co się wtedy działo.
- Był pan w domu, kiedy rozpętała się ta koszmarna ulewa? - nie daję za wygraną i pan Jerzy zaczyna swoją opowieść.

Było około godz. 16. Początek lipca, a dokładnie 9. Kiedy rozpętała się ulewa, pan Jerzy z żoną właśnie wracali samochodem z pracy do domu. On został w aucie chwilę dłużej, zapalił papierosa, sądząc, że przeczeka nawałnicę. Spalił, a deszcz nie ustawał, więc wszedł do domu i dosłownie kilka sekund później zobaczył biegnącego sąsiada, który krzyczał "przez wał przelewa się woda!".

- Natychmiast wybiegłem obudzić siostrzeńca, który mieszkał obok i akurat spał po pracy - wspomina pan Jerzy. - Wody momentalnie przybywało. W 15 minut samochód był zalany po szyby, a w domu wszystko pływało. Zdążyliśmy uratować dokumenty, telewizor i dwa psy.
Lało całą noc. Pan Jerzy z żoną spali na piętrze domu. O ile można mówić tutaj o spaniu. Woda huczała tak potwornie, że trudno było zmrużyć oko. - Człowiek tylko patrzył, co ma ratować - wyjaśnia pan Jerzy. - Pomocy na początku nie było w ogóle. Sugerowano się, że na Oruni wszystko zalane. Dopiero kolejnego dnia ratownicy zauważyli nas ze śmigłowca i powiedzieli: "Orunia to nic, Wojciecha to już nie ma". Tak to wyglądało... - urywa pan Jerzy.

Ma zmęczone spojrzenie, zapadnięte oczy, a jego głos jest lekko ściszony i monotonny. W dłoniach trzyma śrubę, którą co jakiś czas kręci. Mówi, że to był taki szok, że dopiero po trzech dniach uświadomił sobie, jakie poniósł straty. Ale najważniejsze było to, że on i żona pozostali cali i zdrowi. Bo tylko to się liczyło. Dom, samochód - to wszystko można odkupić. Cały dorobek ich życia poszedł w niwecz, łącznie z naczyniami, które powypadały z szafek i się potłukły.

Gdańsk: Przerwana zapora zbiornika w Matemblewie, zamknięte ulice we Wrzeszczu (ZDJĘCIA, FILM)

Chałupa do rozbiórki

Po trzech dniach woda zaczęła opadać. Zostały po niej szlam i błoto po kolana. Nad Św. Wojciechem zaczął unosić się straszny smród. Pojawiły się komary, które tak cięły, że po południu nie można było już wyjść na podwórko, a do tego lipcowa temperatura sprawiała, że wszystko zaczynało gnić. Ludzie zaczęli chorować. Mimo że powodzianie dostali gumowe ubrania, żeby w jakiś sposób brodzić w tym wszystkim, to nic nie pomagało.

- Ja nogi miałem spuchnięte jak balony - przyznaje pan Jerzy. - Trochę sobie obtarłem udo od kalosza i już zakażenia dostałem. Chodziłem w tej wodzie, w szlamie i trząsłem się z zimna jak galareta, mimo że było ciepło. Co chwilę się przebierałem, żeby się nie przeziębić. Pytała pani o pomoc... Poszedłem do szkoły na Lipce, bo ponoć była tam jakaś lekarka, więc chciałem prosić o szczepionkę przeciw tężcowi. Powiedzieli mi, że tu są Lipce, a ja jestem z Wojciecha... wróciłem z kwitkiem.

Gdy woda opadła, pan Jerzy napisał prośbę o urlop, bo dla jego pracodawców wcale nie było oczywiste, że nie pojawi się w pracy. Po otrzymaniu zgody rozpoczęło się szacowanie strat i odbudowywanie majątku. Garaż z błota pan Jerzy czyści jeszcze do dziś. Jego żona, mimo że pracowała od rana do wieczora, robiła, co mogła, żeby cokolwiek uratować. Wielokrotnie próbowała doprać świeżo przed powodzą kupioną pościel - nie udało się. Wszystko było przesiąknięte szlamem. Meble i ubrania trafiły na śmietnik.

- A dom... Cegły nasiąkły wodą i budynek zaczął osiadać - wspomina pan Jerzy. - Jak otworzyło się okno, to nie dało się już go zamknąć. Chałupa nadawała się do rozbiórki.

Pomorze: Powstaje mapa powodzi w regionie, do której dojdzie w... 2030 roku

Dzięki zwarciu w samochodzie i temu, że zapaliły się dwa reflektory, pan Jerzy miał w domu światło, bo odłączył akumulator i zabrał je na suchego pomieszczenia, w którym schronił się z żoną. Kuchnię zalało, ale był gaz butlowy. Brakowało wody, więc przywożono ją powodzianom w pięciolitrowych baniakach. Dawali też jakieś koce. Pomoc można było otrzymać m.in. od Caritasu i Czerwonego Krzyża w szkole w Św. Wojciechu.

Tego nie można nazwać pomocą

- Pomoc? - znów dziwi się pan Jerzy. - Nie miałem nawet czasu, żeby chodzić po jakiekolwiek zapomogi. Raz tam poszedłem i zjadłem zupę. Większość tych darów to porozkradali - zabierali je ci, którzy byli w strefie powodziowej, ale np. nie byli zalani, bo mieszkali wyżej. Brali ubrania, środki czystości, meble, sprzęty AGD i codziennie chodzili na obiady. Chyba jeszcze z dwa lata po tym wszystkim na rynku ludzie handlowali darami dla powodzian, szczególnie środkami czystości.

- Ci, co naprawdę zostali poszkodowani, musieli siedzieć w domu i go pilnować - tłumaczy pan Jerzy. - Drzwi się nie zamykały. Miałem wszystko zostawić szabrownikom? Pełno było takich, którzy chodzili i wybierali, co cenniejsze rzeczy. Dopiero później policja nie wpuszczała obcych na ten teren.
Straty w infrastrukturze miasta zostały oszacowane na około 200 mln. zł nie licząc strat poniesionych przez ludność. Powodzią dotkniętych zostało około 300 rodzin, a około 5 tys. osób otrzymało "kartę powodzianina" uprawniającą do otrzymania pomocy socjalnej.

Na zakwaterowanie poszkodowanych w hotelach do 30 września 2002 r. wydano około 2,5 mln zł. Usuwanie skutków powodzi związane ze sferą mieszkalnictwa w latach 2001-2005 zamknęły się około 40 mln zł. Za tę kwotę zakupiono m.in. 234 nowe mieszkania dla powodzian. 134 budynki zostały rozebrane, a 166 wyremontowano.

Popowodziowa wegetacja w życiu pana Jerzego przeciągnęła się na trzy lata. Większość domów na Św. Wojciechu to była własność prywatna. Miasto za zrzeczenie się praw do działki i do odbudowy dawało mieszkania. Część osób się wyprowadziła, część została.

Panu Jerzemu też złożono taką propozycję, odmówił. Dom zburzył i wybudował nowy. - Można powiedzieć, że skończyłem go w 2004 r., chociaż do dzisiaj nie zrobiłem łazienki na piętrze - mówi. - A budowałem go na raty. Najpierw wyburzyłem lewą część i tam wylewałem fundamenty, a mieszkałem w prawej stronie domu. Później przenieśliśmy się z żoną do środka i robiliśmy prawą część, a na końcu środkową. Zwalony dach, przykryty był plandeką, a drzwi zasłonięte dyktą. Nie każdy ma fundusze, żeby postawić dom. Człowiek żyje z dnia na dzień. Od wypłaty do wypłaty, a nawet jak dostanie te sześć tysięcy to przecież domu nie wybuduje.

Śmieci sprowadzą powódź na Gdańsk?

Pan Jerzy swoją posiadłość miał ubezpieczoną na 80 tys. zł, a zapomogi z PZU dostał zaledwie 6 tys. Od Caritasu otrzymał odkurzacz i lodówkę, a od księdza kibelek.

- A jak z ubezpieczenia przyszli, to zmierzyli metrówką pęknięcia i powiedzieli, że można je zaszpachlować - bulwersuje się. - To były szpary na przelot, dłoń można było włożyć, a facet mi mówi, że nadaje się do remontu. Tak samo z kafelkami - policzyli, ile było popękanych i tylko tyle dostaliśmy. Tego nie można nazwać pomocą. Ile się na zapożyczaliśmy, żeby ten dom odbudować, to tylko my wiemy. Tak to wyglądało... - spuszcza wzrok.

Piękny, nowy dwupiętrowy dom, garaż i podwórko - tym wszystkim pan Jerzy się cieszy, choć mówi o tym bez entuzjazmu. Kosztowało go to nie tylko dużo pieniędzy, ale wysiłku i nerwów, bo wszystko robił sam. Nie ma żalu, że sąsiedzi, mieli więcej szczęścia.

- My byliśmy tylko we dwójkę, a oni mięli jeszcze dzieci - komentuje. - Dostali od premiera Millera talon na 100 tys. zł, a dom sfinansowała im prywatna osoba, Caritas i Stowarzyszenie Odbudowy Św. Wojciecha. Oni mogą mówić, że była pomoc, ja jednak jej nie doświadczyłem. Liczyć można tylko na siebie. Jak sobie pani sama nie pomoże, to nikt pani nie pomoże.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie