„11 minut”, czyli galeria szpetnych szajbusów w filmie Skolimowskiego

Henryk Tronowicz
Hellmana, młodego żonkosia, który w afekcie gotów jest wysadzić świat w powietrze, zagrał u Skolimowskiego Wojciech Mecwaldowski
Hellmana, młodego żonkosia, który w afekcie gotów jest wysadzić świat w powietrze, zagrał u Skolimowskiego Wojciech Mecwaldowski mat. prasowe
Pojawił się na DVD głośny film Jerzego Skolimowskiego „11 minut”. Recenzenci po premierze kinowej dzieła nie docenili.

Skolimowski nie zapowiadał, że „11 minutami” spowoduje u recenzentów zawrót głowy. Arcydzieła nie stworzył. A jednak w moim przekonaniu skomponował utwór niebanalny, zasługujący, z niejednego powodu, na refleksję. Reżyser nie biadoli, nie poucza, nie moralizuje. Przeciwnie. Naśmiewa się, a chwilami wręcz szydzi z absurdów, jakie hulają w różnych wymiarach doczesności. A że wymyślając karkołomną wizję katastrofy, artysta ociera się o czysty absurd, to by miał być feler? Wolne żarty.

Żerowanie na iluzji wyssanej z palca to najlepsze prawo kina, odkąd to medium istnieje. „11 minut” Jerzego Skolimowskiego to wykwit absurdu par excellence. Taki Alfred Hitchcock fenomenem absurdu był zafascynowany i odnosił się do niego niczym do religii. Marzył mu się film na temat przebiegu 24 godzin z życia metropolii. Skolimowski swój przewodnik po wielkim mieście sprowadził do minut jedenastu.

Noc poślubna w areszcie
Opowieść o przebiegu „11 minut” otwiera - niczym w „Zawrocie głowy” Hitchcocka - kadr ukazujący w dużym zbliżeniu oko jakiejś anonimowej osoby. Należy ono, jak się okaże, do będącej aktorką Anny. Artystka pragnie utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest pozbawiona talentu.

Rychło u boku Anny pojawia się jej mąż, pan Hellman. Dzień wcześniej wzięli ślub, po czym noc poślubną pan młody spędził w areszcie. Teraz oddaje się z żoną radosnym igraszkom miłosnym. A kiedy ona napomyka, że jest umówiona na ważne spotkanie, on kategorycznie sprzeciwia się, by miała gdziekolwiek wychodzić z domu. Anna dla świętej zgody gotowa jest zostać.

Sęk w tym, że nie zostaje. I od tego momentu rozpoczynają się w „11 minutach” splatać incydenty, których koincydencja wymyka się racjonalnej kontroli. Brak zaufania ze strony obsesyjnie zazdrosnego żonkosia do świeżo poślubionej wybranki sprowadzi w finale filmu potężną katastrofę. Pan Hellman w afekcie gotów jest wysadzić świat w powietrze, aby zapobiec małżeńskiej zdradzie, której chorobliwa wizja rozsadza mu głowę.

Dzikość serca

W filmie równolegle przewijają się też inne konstelacje męsko-damskie. Na dzikość serca nie ma mądrych. Skolimowski nie bez ironicznego dystansu demonstruje chybotliwy charakter ludzkich uczuć i poczynań. Obok scen intymnych amorów i gwałtownej erupcji pożądania, są w filmie sceny ostrego zgrzytu uczuć. Niektórzy bohaterowie brną z premedytacją w kolizję z prawem. Czyjeś sumienie obciąża czyn kryminalny. „11 minut” to kilka szkiców z ulicznej łapanki Skolimowskiego.

Większość z nich przenika klimat obyczajowej dezintegracji, rozchwiania, moralnej degrengolady.

Skolimowski jako mizoandryk

Reżyser przy tym nie idzie na łatwiznę. Wbrew modzie nie ekscytuje fajerwerkami seksu, wulgarności, obsceny. Co natomiast znamienne, artysta jawi się tu jako mizoandryk. Celuje obiektywem kamery głównie w figury męskie, uwikłane w relacje naganne, szemrane, niegodne. Przed premierą „11 minut” zapowiadano jako thriller. Lecz co to za thriller, który ignoruje klasyczne reguły gatunku. Skolimowski suspens ma w nosie. Nieustannie tok narracji tnie i swobodnie ją przeplata kolejnymi szkicami, które formalnie pozostają bez merytorycznego związku. Wszelako każdemu z tych szkiców nadaje cechy innej gatunkowej formuły, inny styl. Oto garść przykładów.

Dramat obyczajowy

Oto żałosny pedofil, który po odsiedzeniu kary melduje się co tydzień na komisariacie. Postać tę w prologu filmu reżyser przedstawia w slapstickowym przyspieszeniu, ukazując zachowanie bohatera takie, jakie zarejestrowały policyjne kamery. Stróże porządku publicznego obserwują równocześnie na monitorach ruch uliczny filmowany non stop w całym mieście.

Film noir
Oto bałamutny syn pedofila. Zuchwały kurier, uwikłany w szemrane interesy. Dla zmylenia drogówki przykleja do tablicy motocykla fałszywą numerację. Opanował też sztukę „szybkich numerków” z przygodnymi partnerkami. Kondycję regeneruje, zażywając w pośpiechu prochy. Wprawdzie zaczyna mu rezonować głos sumienia, lecz on nie z takimi opresjami sobie radził. Za chwilę zresztą ma przystąpić do spowiedzi przed ślubem kościelnym.

Kryminał
Pewien dziarski uczniak trudni się włamaniami na zlecenie. W czasie skoku na lombard na zapleczu lokalu natyka się na wisielca. Ogarnięty paniką bierze nogi za pas. Sumienie także jemu spokoju nie daje.

Melodramat
Inny dziarski chłopak rozstaje się z dziewczyną. Więcej jej widzieć nie chce. Powody znają wyłącznie oni. Niewykluczone, że usiłowała targnąć się na życie. On jej przepowiada, że zostanie przesłuchana przez psychiatrę.

Reportaż
Galerię szpetnych szajbusów uzupełnia w „11 minutach” reportaż z interwencji pogotowia. Lekarka wraz z ekipą ratowników usiłuje dotrzeć do mieszkania rodzącej kobiety. Na klatce schodowej trafiają na zatarasowane przejście. Usiłują przeszkodę sforsować, a wtedy jak spod ziemi wyrasta przed nimi jakiś oszalały paranoik. Wywiązuje się brutalna bójka. Wykwit absurdu w formie krystalicznej.

Dramat psychologiczny
W odmiennej formie Skolimowski dotyka sylwetki kolejnego mrocznego faceta. Postaci tej na ekranie nie pokazuje. Moralnej oceny jegomościa dokonuje dwoje alpinistów, którzy obejrzeli go w dwuznacznej roli w jakimś pornosie. Alpinista skłonny jest zastrzeżenia zignorować, bo facet wykonuje tylko swój zawód: „Po co zaraz mieszać w to moralność?” - pyta partnerkę. Ona jednak na żadną łatwą motywację się nie godzi. Stanowczo odrzuca prostytucję i powiada: „Nie chciałabym z tym facetem związać się liną w czasie wspinaczki”.

Mydlane bańki

Parokroć autor kieruje uwagę publiczności na jakieś dziwne zjawiska, postrzegane wyłącznie przez niektórych bohaterów filmu i to gdzieś tam... w przestrzeni pozakadrowej. Czyżby Skolimowski filmował przesłanie Andre Bretona, który w artykule „Surrealizm i malarstwo” notował przed laty: „[Oto] jest to, co inni widzieli, lub mówią, że widzieli i co poprzez sugestię udaje im się - albo nie - mojemu widzeniu narzucić; jest jeszcze to, co widzę inaczej, niż widzą inni, a także to, co zaczynam widzieć, a jest niewidzialne”.
Czy nie podobnie myśli Godard? „Filmy robi się po to, by dostrzec w nich zjawiska niewidzialne”.

Polemika z Lemem?

Do masakry w kulminacji „11 minut” doprowadza iście czarci splot przypadkowych zdarzeń. Stanisław Lem, który pisarską wyobraźnię weryfikował podług praw nauki, wywodził, iż „świat jest zbiorem losowych katastrof, zarządzanych ścisłymi prawami”.

Byłbym jak najdalszy od trywializowania przemyśleń wybitnego autora, który obracał się przede wszystkim w sferach katastrof o wymiarze kosmicznym. W naszym ziemskim wymiarze skutki indywidualnych postępków przewidywalne nie są, wymykają się wszelkim regułom.

W epilogu „11 minut”, kiedy już jest „po wszystkim”, Skolimowski multiplikuje obrazy z policyjnego podglądu. I mnoży w nieskończoność obrazy z kamer zainstalowanych na mieście. Sugestia jest oczywista. Monitoring ów przynosi jedynie miniaturowy wycinek z życia metropolii. Apokalipsa, do jakiej dochodzi w „11 minutach”, to zaledwie jedno z niepoliczalnych i niezależnych od siebie zdarzeń. Karambole, katastrofy, międzyludzka szarpanina i nawet najbardziej koszmarne paranoiczne fanaberie to w wielkiej aglomeracji chleb powszedni (całkiem niedawno enigmatyczna podpałka zniszczyła okazały warszawski most nad Wisłą).

Tak więc monitoring wychwytuje wyłącznie obrazy naskórka ulicznych wydarzeń. A do hekatomby prowadzi nieunikniony, choć zupełnie nadzwyczajny zbieg okoliczności, których sprawcze parametry wymykają się obiektywnej obserwacji. Obiektyw kamery, stwierdzano to od dawna, głębszych pokładów rzeczywistości sfilmować nie jest w stanie.

Buldogi walczą pod dywanem.

Kłopoty z „11 minut”
Film Jerzego Skolimowskiego kinematografia polska oficjalnie zgłosiła w 2015 roku jako pretendenta do Oscara. Po czym, co dziwne, do krajowej nagrody Orłów film nominacji nie dostał. Za to na festiwalu w Wenecji otrzymał Nagrodę Specjalną. Dziesięć dni później jury na festiwalu w Gdyni uhonorowało „11 minut” trzema laurami, m.in. Nagrodą Specjalną Jury. Z kolei po premierze w krajowych kinach paru recenzentów film odrzuciło jako nie warty uwagi, miałki. Tymczasem pojawia się już w kinach za oceanem

h.tronowicz@prasa.gda.pl

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie